Nie ma się co oszukiwać – w spotkaniu pomiędzy ACTIVNYMI Gdańsk a Dream Volley nie spodziewaliśmy się jakichś wyjątkowych emocji. Ot, zwykłe starcie jednego z faworytów do wygrania ligi z drużyną oscylującą w okolicy dziesiątego miejsca. Niestety, nasze przewidywania sprawdziły się w stu procentach. No, może w dziewięćdziesięciu, bo jednak wygrane w secie do sześciu czy ośmiu sprawiły, że możemy mówić o dysproporcji, której się nie spodziewaliśmy. O ile w pierwszej odsłonie ich gra wyglądała po japońsku (jako-tako,) tak w drugiej i trzeciej była to rzeź. Zacznijmy jednak od początku. W pierwszej partii trwała do połowy seta trwała dość wyrównana walka. To właśnie mniej więcej w połowie seta doszło do groźnie wyglądającego zderzenia dwóch zawodników Dream Volley. Na szczęście obyło się bez kontuzji. Nie wiemy, na ile ta sytuacja miała wpływ na poczynania boiskowe obu drużyn, ale mniej więcej w tym momencie Dream zaczął grać na poziomie, na który ich rywale nie zdołali wskoczyć. Efekt był taki, że Dream wygrał pierwszą partię do 14. To, co wydarzyło się na początku drugiej partii to istna demolka, którą urządził sobie rozgrywający Dream Volley – Mateusz Dobrzyński. Zawodnik ten zszedł z zagrywki dopiero przy stanie… 9-1 dla swojej drużyny. Wiadome stało się to, kto wygra tę partię. Dodatkowo, sytuacji nie poprawiał fakt, że gracze ACTIVNYCH więcej uwagi niż na swojej grze skupiali na arbitrze prowadzącym to spotkanie. Trzeci set był podobny do tego pierwszego. Różnica była taka, że tym razem na zagrywce stanął środkowy drużyny – Jacek Kalwas i tym razem na tablicy pojawił się wynik… 11-2. Koniec meczu – Dream Volley wraca na drugie miejsce w ligowej tabeli.